Istnieje taka dziwna zależność - im więcej rzeczy mam do zrobienia, tym więcej leniuchuję.
Przyszłam z zajęć, miałam się już-już-teraz zabrać za gramatykę historyczną (yeah, I'm lovin' it) i... zaczęłam sprzątać. Umyłam wannę, wypakowałam świeżo umyte rzeczy ze zmywarki (tak, nasze studenckie mieszkanie jest burżuazyjne), pościerałam blaty w kuchni. Po czym... zaczęłam robić zupę. Ha, nie byle jaką, ale ogórkową.
Jestem chyba jedyną stydentką II roku w Krakowie która w "wolnym czasie" robi zupy ogórkowe.
P.s. Niedzielna hołmmejd karpatka wyszła znakomicie!